Procedury i skomplikowane przepisy coraz częściej stają się jedną z głównych barier dla rozwoju budownictwa w gminach. W rozmowie z Andrzejem Grządzielem, wójtem Gminy Lipnik, o tym, z jakimi problemami samorząd mierzy się na co dzień i co najbardziej utrudnia realizację inwestycji, rozmawia Joanna Gulewicz
W ostatnich latach w gminie zrealizowano wiele inwestycji. Które z nich uważa pan za najważniejsze z punktu widzenia mieszkańców?
Ostatnie lata były bardzo intensywne pod względem inwestycyjnym. Dużo uwagi poświęciliśmy przede wszystkim infrastrukturze drogowej. Dzięki środkom z programu Polski Ład wykonaliśmy około 14 kilometrów dróg od podstaw. Sfinalizowaliśmy również budowę basenu, który latem funkcjonuje jako kąpielisko, a zimą, dzięki sztucznej tafli, jako lodowisko. Jesteśmy również po odbiorze żłobka, bo młodzi rodzice potrzebują nie tylko pracy i mieszkania, ale również miejsca, w którym mogą bezpiecznie zostawić dziecko. To bardzo ważna inwestycja dla rodzin. Kolejnym istotnym projektem jest nowa biblioteka gminna.

Czyli inwestycje w gminie mają dziś bardzo szeroki charakter.
Zdecydowanie! Gmina to nie tylko infrastruktura techniczna, ale przestrzeń, gdzie mieszkańcy muszą spędzać czas. Dlatego w czasie mojej kadencji powstały cztery nowe świetlice wiejskie, między innymi w Kaczycach oraz w Sternalicach. Remontowaliśmy też istniejące obiekty. Część dawnych remiz została przystosowana do nowych funkcji. Działają tam m.in. kluby seniora czy kluby środowiskowe dla dzieci, ale korzystają z nich też koła gospodyń wiejskich, stowarzyszenia i ochotnicze straże pożarne. Zakładam, że żaden z tych budynków sam w sobie nie jest celem. Jest nim stworzenie miejsc, w których mogą spotykać się mieszkańcy – dopiero wówczas obiekt naprawdę żyje.
Czy inwestycje w takie miejsca przełożyły się na aktywność mieszkańców?
Różnica jest ogromna. Kiedy zostałem wójtem, mieliśmy właściwie jedno stowarzyszenie. Zależało mi na tym, żeby mieszkańcy nie byli wobec siebie anonimowi. W małych miejscowościach łatwo doprowadzić do sytuacji, w której ludzie mieszkają niedaleko siebie, ale nie mają okazji się spotkać. Dlatego tak ważne jest kształtowane wspólnot. Dzisiaj mamy 14 kół gospodyń wiejskich i 22 stowarzyszenia. Na ostatnich dożynkach pojawiło się aż osiemnaście wieńców dożynkowych! To pokazuje, że inwestycje infrastrukturalne mogą być początkiem czegoś znacznie większego. Bo gmina to nie tylko drogi i budynki. Gmina to przede wszystkim ludzie.
A jakie są dzisiaj najważniejsze potrzeby gminy?
Zależy nam na stworzeniu gminnego centrum kultury. Mamy bardzo zdolne dzieci i dobrą kadrę prowadzącą zajęcia artystyczne. Obecnie tego typu aktywności odbywają się w kilku różnych budynkach; a ja bym chciał, żeby powstał jeden obiekt, który kompleksowo by je integrował.
Jak sprawić, żeby mieszkańcy, szczególnie młodzi, chcieli zostać w gminie?
To jedno z największych wyzwań małych gmin. Możemy wybudować drogi i żłobki, ale jeżeli zabraknie młodych ludzi, którzy będą tutaj mieszkać i zakładać rodziny, za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat będziemy mieli dobrą infrastrukturę i… pustki.
Dlatego chciałbym, żebyśmy mogli stworzyć niewielkie osiedle mieszkaniowe. Zasada byłaby prosta: kupujesz działkę i budujesz dom. Jeżeli nie budujesz, działka wraca do gminy. Chodzi o to, żeby tereny przeznaczone pod mieszkalnictwo rzeczywiście służyły mieszkańcom. I właśnie tutaj dochodzimy do jednego z największych ograniczeń rozwoju naszej gminy – dostępności gruntów i przepisów regulujących możliwość ich wykorzystania.
Na czym dokładnie polega ten problem?
Około 90% gruntów w naszej gminie to ziemie wysokich klas, czyli bardzo dobre grunty rolne. Oczywiście rozumiem potrzebę ich ochrony: nie możemy doprowadzić do sytuacji, w której najlepsze ziemie zostaną bezrefleksyjnie zabudowane.
Problem polega jednak na tym, że obecny system często nie uwzględnia specyfiki poszczególnych gmin. Mamy sytuacje, które z punktu widzenia mieszkańca mogą wydawać się absurdalne. Przy budowie przedszkola trzeba było wyłączyć niewielki fragment gruntu z produkcji rolnej, mimo że nie prowadzono tam działalności rolniczej. Przy budowie windy przy urzędzie również musieliśmy wyłączyć niewielki fragment gruntu. Zaledwie kilka metrów kwadratowych. Jeżeli budujemy windę służącą osobom z niepełnosprawnościami, trudno zrozumieć, dlaczego taki niewielki fragment terenu musi przechodzić przez skomplikowaną procedurę.
Przy większych inwestycjach problem jest zapewne jeszcze poważniejszy?
Niestety tak. W naszym przypadku wyłączenie hektara gruntu z produkcji rolnej może kosztować około miliona złotych. Proszę sobie wyobrazić inwestora, który chce zbudować zakład i zanim postawi pierwszy fundament, musi ponieść tak ogromny koszt związany z samym tylko przygotowaniem terenu. Do tego dochodzą zgody, dokumentacja, kolejne procedury i przede wszystkim czas.
A czas w biznesie ma ogromne znaczenie. Jeżeli inwestor ma do wyboru miejsce, w którym może szybko kupić teren i rozpocząć budowę, oraz takie, gdzie musi czekać latami i ponieść dodatkowe koszty – wybierze prostsze rozwiązanie. Szczególnie dotyczy to małych gmin, które nie mają terenów poprzemysłowych. Dla porównania: na przykład na Śląsku istnieją ogromne obszary po kopalniach i dawnych zakładach przemysłowych. Część z nich jest łatwa do zagospodarowania pod działalność. My takich terenów praktycznie nie mamy, bo jesteśmy gminą rolniczą. Mamy natomiast tereny położone w dobrych lokalizacjach – przy drogach szybkiego ruchu czy w pobliżu węzłów komunikacyjnych. Naturalnym kierunkiem byłoby przeznaczenie części z nich na działalność gospodarczą. Jeżeli jednak inwestor słyszy, że będzie musiał czekać kilka lat – po prostu wybiera inną gminę.
Domyślam się, że problem dotyczy również planowania przestrzennego?
Nowe regulacje dotyczące planowania przestrzennego rzeczywiście budzą moje obawy. Mam nadzieję, że będą jeszcze modyfikowane, ponieważ w obecnym kształcie mogą dodatkowo ograniczać możliwości rozwoju takich gmin, jak nasza. Potrzebujemy zdecydowanie większej elastyczności i możliwości uwzględniania lokalnych warunków.
Gdzie więc powinna przebiegać granica między ochroną gruntów rolnych a potrzebami rozwojowymi gminy?
Dobra ziemia powinna być chroniona, ale jestem zwolennikiem racjonalnego rozwoju. Brakuje nam mechanizmu, który pozwoli samorządowi wskazywać miejsca, w których rozwój mieszkaniowy czy gospodarczy jest rzeczywiście uzasadniony. Jeżeli mamy teren przy drodze, w pobliżu istniejącej infrastruktury, który nie jest kluczowy dla produkcji rolnej, dlaczego nie przeznaczyć go na kilka działek budowlanych?
Podobnie jest z działalnością gospodarczą. Jeżeli mamy odpowiednią lokalizację pod zakład przetwórstwa rolnego, dlaczego nie możemy go tam wybudować? Taki zakład mógłby być przecież kołem zamachowym lokalnego rolnictwa. Dać mieszkańcom pracę, podnieść dochody rolników, a jednocześnie zwiększyć wpływy podatkowe gminy. Tymczasem dochodzimy do sytuacji, w której gmina chce pomóc w przygotowaniu terenu, inwestor jest zainteresowany, a największą przeszkodą okazują się procedury dotyczące gruntu.
Czy uważa pan, że obecny system zbyt mocno ogranicza samorząd?
Tak. Uważam, że samorząd powinien mieć większą możliwość podejmowania decyzji dotyczących własnego rozwoju. Nie jestem przeciwnikiem regulacji; musimy chronić środowisko, grunty rolne i ład przestrzenny. Potrzebujemy jednak systemu, który będzie racjonalny i uwzględni specyfikę poszczególnych miejsc. To samorząd wie, gdzie ludzie chcą budować domy, gdzie potrzebna jest droga, gdzie są zainteresowani inwestorzy i które tereny można wykorzystać bez szkody dla rolnictwa.
Czyli problem jest w rzeczywistości znacznie szerszy?
Tak. Budownictwo jest tylko jednym elementem większej układanki. Jeżeli nie możemy przygotować odpowiedniej liczby działek, młodzi ludzie mają ograniczone możliwości budowy domu. Jeżeli nie ma terenów inwestycyjnych, nie powstają nowe firmy. Jeżeli nie ma firm, nie ma miejsc pracy. A jeżeli nie ma pracy, młodzi ludzie wyjeżdżają. I koło się zamyka. Dlatego nie można patrzeć na budownictwo wyłącznie przez pryzmat działki budowlanej. To jest kwestia polityki mieszkaniowej, demograficznej, gospodarczej i społecznej.
Młodzi ludzie rzeczywiście wyjeżdżają z małych gmin?
Wielu mówi: „Gdybym tylko miał tutaj pracę i możliwość normalnego mieszkania, chętnie bym wrócił”. Młodzi ludzie często mają tutaj rodzinne domy, działki, miejsca, w których się wychowywali. Brakuje jednak pracy, która pozwoli się osiedlić i założyć rodzinę. Dlatego mieszkalnictwo i rozwój gospodarczy są ze sobą bardzo związane. Oczywiście sama działka nie rozwiąże problemu. Dlatego przez ostatnie lata inwestowaliśmy w wiele elementów infrastruktury jednocześnie. Chcemy stworzyć warunki, które zapewnią młodym ludziom godny byt.
Czy odpływ młodych ludzi może zagrozić w przyszłości istnieniu małych gmin?
To realne zagrożenie. Jeżeli nie zmienimy sposobu myślenia o małych gminach, może dojść do ich stopniowego osłabienia. Najpierw zaczniemy mówić o kosztach utrzymania, później o tym, że mała gmina jest zbyt mała, żeby samodzielnie funkcjonować. W końcu może pojawić się pomysł łączenia kilku gmin.
Tymczasem mała gmina to konkretna społeczność, często mająca wieloletnią tradycję. Jeżeli połączymy kilka gmin, otrzymamy większą jednostkę administracyjną, ale niekoniecznie bardziej zintegrowaną społeczność.
Co zatem powinno się zmienić, aby małe gminy mogły się rozwijać?
Przede wszystkim potrzebujemy większego zaufania do samorządów i uproszczenia procedur dotyczących gruntów i inwestycji.
A co mimo wszystkich tych ograniczeń daje panu największą nadzieję?
Ludzie. Mamy ludzi, którzy chcą coś robić i angażować się w życie swoich miejscowości. To nasz największy kapitał. Jeżeli stworzymy mieszkańcom małej gminy odpowiednie warunki, może ona być bardzo dobrym miejscem do życia. Nie potrzebujemy wieżowców! Potrzebujemy dobrych dróg, szkoły, pracy, domu, który można zbudować bez przechodzenia przez absurdalnie skomplikowane procedury.
A przecież mamy wiele atutów: piękne tereny, dużo zieleni, spokojne miejscowości, lokalną społeczność, szkoły i coraz lepszą infrastrukturę. Nie musimy konkurować z dużymi miastami ich wielkością. Możemy konkurować jakością życia.
Czyli: mówimy nie tyle o budownictwie, co o wizji przyszłości gmin za kilkanaście lat.
Dokładnie tak. Patrzę na budownictwo nie tyle jako na proces stawiania nowych domów czy obiektów, lecz element znacznie większej polityki – demograficznej, gospodarczej i społecznej. Mamy ludzi, mamy aktywne organizacje, dzieci i młodzież, pomysły i potencjał. Teraz potrzebujemy warunków, żeby ten potencjał wykorzystać.
Bo mała gmina nie potrzebuje wielkich słów, potrzebuje konkretnych możliwości. Jeżeli będziemy je mieli, mieszkańcy sami zrobią resztę. Dlatego tak bardzo zależy mi na tym, żeby przepisy nie blokowały rozwoju takich gmin, jak nasza. My naprawdę chcemy się rozwijać, budować, inwestować i tworzyć dobre warunki do życia. Potrzebujemy tylko systemu, który będzie nam w tym pomagał.




